sobota, 21 listopada 2009
niedziela, 08 listopada 2009
1.
2. (W ramach przypisu do tego, co na spotkaniu autorskim mówił Enquist o tych momentach, w których się nie pisze): "Byłem na to od dawna przygotowany. Takie okresy przymusowej nieproduktywności następowały zawsze po ukończeniu większej pracy, a nieraz przed jej ukończeniem, w trakcie pisania. Z upływem lat jest mi coraz trudniej znosić tę jałowość i jeśli z początku mnie zaskakiwała, to z czasem potrafiłem ją z góry przewidzieć, wiedząc, że musi nadejść. Najrozsądniej byłoby się do niej przyzwyczaić. O tym jednakże nie ma mowy, wytrzymuję ją z roku na rok gorzej. Jest to stan psychofizyczny, który można by określić jako subdepresję - gdyby ta nazwa cokolwiek rozwiązywała - albo jako stan niebycia. Wolę to drugie określenie, ono więcej tłumaczy. Przerwy w pisarskiej egzystencji podobne są do zapaści, przeżywa się wówczas dni martwe, bez krwiobiegu i tętna, i przeżywa się je z pustą, jakby wyssaną głową. Od normalnego pisarskiego życia one się różnią mniej więcej tak, jak pełzanie od chodzenia. Konieczne czynności i zajęcia wykonuje się żałosną resztą sił, z uczuciem hańbiącej niemocy i poniżeniem galernika. W głowie, w rękach, w nogach ciąży pytajnik: po co? Dopiero po przekroczeniu środka dnia następuje poprawa. Zbliża się noc. Noc przynosi ulgę, zapewne dlatego, że sen jest zwolnieniem z przymusu jawy, we śnie znikają obowiązki i cele, śpi się bez odpowiedzialności. W tych złych miesiącach sny bywają ładne, spokojne i nieraz zasypia się z przebłyskiem zaciekawienia tym, co przydarzy się we śnie. [...] Ale wyjście ze snu w tych okresach jest szczególnie ciężkie. Już nad ranem w półśnie występują zmory. Nie są to zmory fantastyczne. Grozą atakuje każde spojrzenie czy obraz. Deseń, stół, epizod sprzed lat, słowo lub figura geometryczna dławią niedorzecznością. Jest w tym coś złowieszczego. Chciałoby się znów zasnąć, cofnąć się w głąb, w urwaną, lepszą rzeczywistość. Sen staje się wówczas prawdziwszym i milszym życiem niż to, do którego się wraca i które już od świtu nęka trwogą. A przypuszczalnie wszystkie te straszydła rodzą się z lęku organizmu. Bardzo możliwe, że nadranne koszmary są symbolami jednej obawy, jednej grozy, od której chroni pisanie, a która dobiera się do mnie w miesiącach bezczynności. Widocznie pozostaję w bliższych stosunkach ze śmiercią, niżby się zdawało". Kazimierz Brandys, Miesiące 1978-1981, Iskry, Warszawa 1997, s. 6-7.
wtorek, 03 listopada 2009
piątek, 30 października 2009
"Wint - śruba, a u hipisów milicyjna obława, areszt, a 'wintit' to zwinąć, zamknąć, aresztować. Pasażerowie moskiewskiego metra to strasznie ponury widok. Nie wiem, jak to robią, ale ci, którym uda się usiąść, zasypiają w kilka sekund. Pozostali czytają albo bawią się telefonami. Jak wszyscy Rosjanie ubrani są na szaro, buro, beżowo, a niektórzy w granaty, i jak jeden mąż mają rozpaczliwie smutne, zmęczone twarze. Nawet młodym ludziom brak pogody, radości, błysku w oczach. Aż kiedyś usłyszałem skoczną, błazeńską melodię graną na flecie. Przy drzwiach wagonu stał kudłaty człowieczek z rozwichrzoną brodą. Wielka czapa z pomponem, ogromne sapogi i sweter do kolan. Miał czerwony nos clowna na gumce, a na szyi omotany kilkumetrowy szalik i sakwę, z której wcześniej wyjął flet. I stał się cud. Pasażerowie podnieśli oczy, a ich twarze pojaśniały. Kilka osób uśmiechnęło się nawet, bo człowieczek grał i grał, i o dziwo nie chciał pieniędzy. Tak poznałem Tila, czyli Witię Morozowa, czterdziestojednoletniego hipisa i zawodowego błazna, wędrownego, ludowego trefnisia. Milicja wintiła go kilkadziesiąt razy, a za którymś dostał nawet wyrok. W 1989 roku postanowił starać się o pracę w wojskowych zakładach silników rakietowych. Jako nocny stróż chciał zahamować produkcję uzbrojenia, ale popatrzyli na Tila i było jasne, że z pracy nici. Kiedy wychodził, jego oczy trafiły na telefon w biurze przepustek. Wszedł do kabiny, wyrwał go ze ściany i schował za pazuchą. - Nie mam pojęcia, po co to zrobiłem - Til pęka ze śmiechu. - Włączyły się syreny i mnie złapali. Powiedzieli, że telefon został podłączony do alarmu, bo już pięć razy go kradli. Dostał rok więzienia, ale z sali sądowej zabrał go sanitariusz w białym kitlu. Trafił do zakładu psychiatrycznego dla przestępców, dodatkowo 'bezterminowo', a to oznaczało, że spędzi tam co najmniej rok, a być może dwa, pięć, albo nawet dziesięć lat". Jacek Hugo-Bader, Egzamin na świra, czyli mały i niepraktyczny rusko-polski słownik slangu hipisowskiego [w:] Tegoż, Biała gorączka, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2009, s. 34-35.
wtorek, 27 października 2009
"Podróżowanie w pośpiechu, konieczność związana coraz częściej z pracą i przemożną skłonnością do czynienia ze wszystkiego spektaklu [...] stanowi zaprzeczenie perswazji, możliwości zatrzymywania się w dowolnym miejscu i swobodnej włóczęgi. Przypomina raczej eiaculatio praecox, przedwczesny wytrysk, który Joseph Roth w swojej powieści Sto dni przypisuje Napoleonowi, powiadając, że cesarz nie tyle pragnął uprawiać miłość, ile mieć już jak najszybciej ów akt za sobą. Podróż uczestnika konferencji między lotniskiem a hotelem nie różni się zbytnio od tego pospiesznego orgazmu". Claudio Magris, Podróż bez końca, tłum. J. Ugniewska, Zeszyty Literackie, Warszawa 2009, s. 9. Tym razem nie było tak źle. Tyle że stanowczo za krótko.
sobota, 17 października 2009
"W tym kolektywnym świecie (kolektywne są w nim szaleństwo i zagłada, przed czym nie ma indywidualnej ucieczki), a więc w tym kolektywnym świecie pozostać prywatnym człowiekiem i wytrwać jako prywatny człowiek; nie potrafiłbym chyba chwilowo wskazać bardziej heroicznego przedsięwzięcia". Imre Kertész, Dziennik galernika, tłum. E. Cygielska, W.A.B., Warszawa 2006, s. 106.
poniedziałek, 12 października 2009
"Hanemann sięgnął po fotografie. Na każdym zdjęciu była inna twarz. Chociaż... Tak! Przyjrzał się oczom. Oczy wszędzie były podobne: spokojne i zimne. Ale twarze? Twarze, lepione przez kogoś okrutnego, nie miały właściwie żadnej stałej formy i przez chwilę Hanemann chciał nawet poprosić, żeby pan J. pokazał mu jakąś zwykłą fotografię, na której mógłby zobaczyć, jak naprawdę wyglądał malarz, o którym tyle mówili, ale wkrótce wyczuł, że prośba taka byłaby pozbawiona sensu, bo fotografii takiej pewnie nie ma. Więc to jest... Ze starej fotografii patrzył na niego okrągły, rumiany gamoń z półotwartą gębą, w czapce ulicznika zsuniętej na tył głowy, lecz na zdjęciu następnym ten sam okrągły gamoń przeobrażał się nagle w arystokratycznego oficera w zapiętym pod szyję mundurze carskiej gwardii! A dalej? Bezbronny, kruchy, wiotki artysta? [...] I te zmieniające się usta, oczy, policzki! Hanemann poczuł w sercu zamęt. Przecież zawsze giną ci, którzy są skazani na własną twarz, na własny język, na własne gesty. To właśnie im przykłada się pistolet do głowy. Wyznanie! Narodowość! Miejsce urodzenia! Przynależność! Przyjaciele! Wrogowie! Skąd uciekasz? Dokąd uciekasz? Pokaż ręce! Patrz prosto w oczy! Zdradził cię akcent! Kształt nosa! Rysunek powiek! Ale dla tej twarzy, którą widział teraz przed sobą, nie było rzeczy niemożliwych, kto ma taką twarz, może wybrać dowolny los - więc skąd ta śmierć?...". Stefan Chwin, Hanemann, słowo/ obraz terytoria, Gdańsk 1997, s. 214-215.
środa, 07 października 2009
"Od pewnego punktu nie ma już żadnego odwrotu. Ten punkt należy osiągnąć". Franz Kafka, Aforyzmy z Zürau, opr. R. Calasso, tłum. A. Szlosarek, Wydawnictwo EMG, Kraków 2007, s. 19.
poniedziałek, 05 października 2009
"Przyjmowałem strach dorosłych jako naturalny stan rzeczy. Podobnie jak wysiedlenie, ucieczkę przed deportacją do Treblinki i wszystkie kolejne ucieczki, krycie się w lesie i chłopskich stodołach, a potem 'na aryjskich papierach' udawanie, że jest się kimś innym. Gra w Aryjczyka była niebezpieczna i wiedziałem o tym, ale dla mnie ta gra była po prostu rzeczywistością. W naturalny sposób stosowałem się do jej zasad, więc nie sprawiała mi trudności. Była główną grą mego dzieciństwa i nie mogę powiedzieć, by nie rozwijała mnie artystycznie i duchowo. Dodatnio wpływała na mą wyobraźnię, sprawiała, że nigdy się nie nudziłem (i do tej pory się nie nudzę). Nie musiałem szukać innych rozrywek ani dziecinnych zabaw. W śmierci nie widziałem niczego szczególnego. Była nierozerwalną częścią ówczesnego życia. Po prostu nie widziałem granicy pomiędzy życiem a śmiercią, która kojarzyła się najczęściej z nieobecnością. Ktoś był i - kogoś nie ma. A że większość tych, którzy przedtem wokół mnie byli, stała się nieobecnymi, więc nie widziałem niczego nadzwyczajnego w ich nieobecności. Tę nieobecność zacząłem boleśniej odczuwać znacznie później i w miarę upływu czasu staje się ona coraz boleśniejsza. Wtedy łatwo ich zapomniałem, bo nie wolno ich było wspominać. Nie wiedziałem nic o żadnym fizycznym cierpieniu, jakie w wyobraźni dorosłych kojarzy się ze śmiercią. Niemców się nie bałem, choć wiedziałem, że trzeba się ich bać. Nie widziałem ich przy prawdziwie mokrej robocie. Gdybym był widział, może nie umiałbym tak bezbłędnie grać mej aryjskiej roli, może wydałby mnie strach. Widziałem strach dorosłych i rozumiałem, że Niemców trzeba unikać i mieć się przed nimi na baczności. Mam takie uczucie do dziś. Nie odczuwam jednak strachu ani przed Niemcami, ani wszelkimi innymi 'obcymi'. Nie odziedziczyłem go. Nie zdążyłem. Zbyt wcześnie wszedłem w rolę nie-Żyda i jako naturszczyk wszedłem w nią tak dokładnie, że wyzbyłem się wszelkich nawyków żydowskich, lękowych i nielękowych. Stając się jednym z 'Aryjczyków' zbyt dokładnie ich poznałem, aby się ich bać. Mogę śmiało powiedzieć, że byłem jednym z nich, i wiem, że nie ma w nich niczego szczególnego. Nie znaczy to, że nie boję się antysemityzmu. Boję się go tak, jak wszelkiego ludzkiego zwyrodnienia czy bestialstwa. 'Bestialstwo' to niedorzeczne określenie. Czy widział kto, żeby bestie zakładały obozy śmierci czy choćby koncentracyjne? Dałby Bóg, żeby bestialstwo było najgorszą cechą człowieka. Strach poczułem znacznie później, gdy zrozumiałem, co na moich oczach się stało. Strach ten, wraz z doświadczeniem życiowym, coraz bardziej we mnie wzrasta. Okazuje się, że łobuzów jest więcej, niż to widać na pierwszy rzut oka. [...] Boję się nie tylko antysemitów, ale w ogóle ludzi. Nie umiem do nikogo naprawdę się zbliżyć i przez to nie mam bliskich przyjaciół. Nauczony od najwcześniejszych lat starannego ukrywania swych myśli i uczuć, nie umiałem ich potem odkryć w żadnym kontakcie osobistym - musiałem zostać pisarzem. Żadna z cudownych dziewcząt, jakie znałem, nigdy się nie dowiedziała, czy ją kochałem, czy nie. I ja sam do dziś nie wiem. Bezwiednie wprowadzam ludzi w błąd swym kontrolowanym wyrazem twarzy i nikomu nie pokazuję, że cierpię. Nawet moja matka, moja partnerka w grze, którą graliśmy razem w czasie okupacji, partnerka, która powinna była znać mnie na wylot, była zdumiona, kiedy zacząłem publikować swe opowieści. 'He used to be such a happy boy...' dziwiła się, mówiąc o tym swym kalifornijskim sąsiadkom i przyjaciółkom. 'Żyję, żyję i coraz gorszych rzeczy się dowiaduję' - napisałem w jednym z wierszy i jest to chyba dewiza mego życia.". Henryk Grynberg, Życie jako dezintegracja [w:] Tegoż, Prawda nieartystyczna, Czarne, Wołowiec 2002, s. 7-9.
sobota, 03 października 2009
|
Zakładki:
Czyt(yw)ane
Filmowo
Książkowo
Nucę pod nosem
Szablon jest stąd :-)
Zaglądam :-)
Czytelnicze wyzwania
(D)o mnie
| ||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||