poniedziałek, 30 stycznia 2012
"Największa jednak przeszkoda [przy pisaniu o polskiej literaturze dla anglojęzycznego odbiorcy] polega na tym, że dziedziczy się przedsiębiorstwo o zupełnie zabagnionych interesach. Zabagniali je gorliwie i tłumacze, i polscy szkolarze. Samouk Jeremiah Curtin, tłumacz Sienkiewicza i Prusa, o nieco szczególnych poglądach na język zarówno polski, jak i angielski, może godnie reprezentować tych pierwszych. Co do tych drugich, palma pierwszeństwa należy się zapewne książce Juliana Krzyżanowskiego 'Polish Romantic Literature'. Jest to zbiór wszystkich banałów mających utwierdzać po wsze czasy obraz la Pologne martyre. Książka ta wzbudza w czytelnikach uczucia krwiożercze, jak świadczą jej egzemplarze w bibliotece w Berkeley, z napisami po angielsku na marginesie: 'Dobrze im tak!', 'Bili ich za mało!', 'Karły udające olbrzymów!' itd. Gdyż założenie polskich profesorów: że wystarczy zawiadomić świat o szlachetności polskiej duszy, żeby wyzwolić utajoną miłość, jest błędne. Ród ludzki nie ceni porażki. Wyzwala ona raczej popędy sadystyczne". Cz. Miłosz, O historii literatury polskiej, wolnomyślicielach i masonach [w:] Prywatne obowiązki, Olsztyn 1990, s. 92-93.
czwartek, 19 stycznia 2012
poniedziałek, 16 stycznia 2012
"Oczywiście nie jestem Rosjaninem. Jednak ustawienie mnie w takiej roli zmieniało cały obraz sytuacji i otwierało nowe perspektywy. Przede wszystkim być Rosjaninem to już znaczyło być kimś. Do tej pory mogłem wprawdzie uważać się za kogoś, może nawet za kogoś nieskończenie wyżej Rosjanina, ale nie miałem żadnej możliwości, żeby o tym przekonać nie tylko innych, ale i siebie. Podany jako Rosjanin, o niczym już nikogo nie musiałem przekonywać. Rosjanin wystarczał. Być młodym Rosjaninem - jeszcze lepiej. Wszyscy wiedzieli mniej więcej, jaki jest stary Rosjanin, ale młodego nikt nie zna, młody Rosjanin pomnażał siłę atrakcyjną Rosjanina jako takiego. Przyszłość świata w niemałym stopniu zależała od tego, jaki jest ten młody. Chodziły o nim rozmaite słuchy, ale nikt nie wiedział nic pewnego. Ja sam nie podszywałem się przecież pod Rosjanina. No, może trochę, tym napomykaniem o stepach, tym nieokreślonym nastrojem orientalnym, który starałem się stworzyć wokół siebie. Stepy... tak, tak, było w tym trochę blagi. Jakie tam stepy! Wspominałem owe smętne poletka mojej małej ojczyzny, z wierzbą i sosenką, częściowo nizinne, do pewnego stopnia wyżynne, niecywilizowane i mimo wszystko, choć mimo wszystko, kulturalne. Gdzie im tam do stepów! Ale bezpośrednio, wprost, nigdy nic takiego nie powiedziałem i przyparty do muru na pewno nie wydobyłbym z siebie jawnego fałszerstwa. Gazeta jednak musi podawać wiadomości mogące liczyć na uwagę czytelnika. Jakże więc mieli napisać? Może: 'Romans Monizy Clavier z młodym obywatelem jednego z małych krajów Europy Wschodniej'? Byłem ze Wschodu, a poniżej Rosjanina nie można być ze wschodu naprawdę, sprawa wymagała więc jakiegoś dopełnienia. Zrobili to za mnie, wystarczyło nie prostować pomyłki. Zostanie Rosjaninem dawało mi formę, której mi tak brakowało. Koniec przebąkiwania o sobie, napomykania o sobie, dawania czegoś do zrozumienia, ale nie wiadomo czego. Koniec min i grymasów dwuznacznych. Witaj, Rosjaninie!". Sławomir Mrożek, Moniza Clavier [w:] Tango z samym sobą: Utwory dobrane, koncepcja książki, wybór tekstów i wstęp T. Nyczek, Noir sur Blanc, Warszawa 2009, s. 424.
niedziela, 15 stycznia 2012
W Krakowie padał dzisiaj śnieg. I to wystarczyło, by przypomniały mi się od razu rosyjskie zimy, ich nastrój i ten klimat, który na swoich - tak z pozoru zwyczajnych - fotografiach uchwyciła Natalia Pustynnikowa.
piątek, 13 stycznia 2012
"Rancho La Epifania, 26 kwietnia 1996: W rozmowach i wywiadach pojawia się i powtarza pytanie, czy nie boję się wracać do Polski. Nie wyobrażam sobie, żeby Francuz, Anglik, Niemiec, Austriak, Szwajcar czy Norweg przebywający w Meksyku spotykał się z pytaniem, czy nie boi się wracać do Francji, Anglii, Niemiec, Austrii, Szwajcarii czy Norwegii. Natomiast wyobrażam sobie Rosjanina, Białorusina, Ukraińca, Czeczeńca, Rumuna nawet, którego pytają, czy nie boi się wracać do ojczyzny. Wynika z tego, że Polacy, świadomie czy podświadomie, zaliczają siebie do tej drugiej grupy raczej niż do pierwszej. Krótko mówiąc, Polak wracający do Polski ma się czego bać. Powstaje z kolei pytanie, dlaczego tak jest. Przecież Polska bliższa jest krajom wymienionym w pierwszej grupie niż krajom wymienionym w drugiej. Bliższa kulturą, ekonomią, sposobem, w jaki funkcjonują jej instytucje. Widziana z zewnątrz, polska sytuacja nie jest zła, a przynajmniej nie powinna być zła, jeżeli my sami jej nie zepsujemy. A nawet, pod pewnymi względami, może okazać się lepsza od sytuacji krajów zachodnich. Mógłbym te względy wymienić, ale nie one są tematem dzisiejszej gawędy. A już na pewno - i to nie wymaga dyskusji - polska sytuacja jest pomyślniejsza niż sytuacje krajów wschodnich i niektórych południowo-wschodnich. Więc czego się Polacy boją? A boją się niewątpliwie, wszyscy razem i każdy z osobna, w różnych odcieniach i nasileniach, od niepewności do obawy, od strachu do paniki. I nie czują się dobrze. Od niezadowolenia do rozgoryczenia, stamtąd do nienawiści i amoku, od rozdrażnienia do histerii. Jeżeli więc nie ma obiektywnego powodu, żeby aż tak się bać i aż tak źle się czuć, a strach i złe samopoczucie są jednak faktem, faktów zaś lekceważyć nie można, to jakiś powód ku temu musi jednak być. Powód poważny i nieurojony. Otóż Polacy boją się samych siebie i siebie nawzajem. I słusznie, że się boją, więc ja też się boję". Sławomir Mrożek, Dziennik powrotu [w:] Tango z samym sobą: Utwory dobrane, koncepcja książki, wybór tekstów i wstęp T. Nyczek, Noir sur Blanc, Warszawa 2009, s. 642-643.
poniedziałek, 09 stycznia 2012
środa, 04 stycznia 2012
"Stryj był istotnie ładny i ujmujący, jak niegdyś - ale właśnie dziwnie niemądry. W otoczeniu rodziny Emil przywykł nie stawiać na tym punkcie wymagań nazbyt wygórowanych. Z doświadczenia wiedział ponadto, jak względne są tu wszelkie probierze i ile zależy od płaszczyzny, w jakiej się dokona krytycznego przekroju. Jedni są mądrzy, gdy żartują, a głupi, gdy mówią poważnie, inni, rozumni, stają się niepoczytalni, jeżeli chcą być dowcipni. Jedni są mądrzy w swej specjalności i głupi poza nią, inni właśnie odwrotnie. Istnieją nawet ludzie mądrzy w głupi sposób i ludzie głupi w sposób rozumny, harmonijny, w których myśleniu założenie tylko jest złe, a dalej wszystko w porządku. Zofia Nałkowska, Hrabia Emil, Warszawa 1977, s. 104-106.
środa, 28 grudnia 2011
"Przecież parę razy do roku zdarzały się okazje, że paniusie nabierały śmiałości i zjawiały się liczniej. To było jakieś pogorszenie w stanie zdrowia pani Cecylii, o czym dowiadywały się zaraz niepojętym sposobem, lub jakaś nagle łącząca wszystkich sprawa publiczna, obchód czy święto, poruszające stare, wątłe niteczki przyjaźni i zaufania. A zwłaszcza stwarzała tę możliwość data, znana powszechnie i pamiętana, imienin pani Cecylii, przypadająca na dzień 22 listopada. Wtedy też trzeba było upiec zawsze jednakowy tort orzechowy, przyrządzić białą kawę z różnymi ciastami i wyjąć ze spiżarni dwie butelki porzeczkowego wina. Hasło do tego zlotu widm dawała pani Łucja Posztraska, która przybiegała kuchnią najpierwsza, żeby, jak mówiła, trochę dopomóc. Zaraz później schodziły się gromadnie stare przyjaciółki, zapomniane krewne lub tylko rówieśnice. Wypełniały sobą siedzenia kanap i foteli w tym zawsze pustym, rozległym salonie. Zdejmowały niciane czarne rękawiczki i mieszając kawę, łyżeczki zostawiały w filiżankach. Elżbieta roznosiła talerzyki z tortem, a każda z pań mówiła przerażona: 'Och, taki duży kawałek!'. Za oknami dudnił uparty deszcz listopadowy, ale tutaj w salonie było ciepło i jasno. Zaciągnięte portiery z czerwonego pluszu osłaniały szyby i wszystkie lampy płonęły pod swymi jedwabnymi parasolami. W wazonach tkwiły wątłe miotełki przyniesionych kwiatów, białe chryzantemy podobne do astrów i amarantowe cyklameny. Pani Cecylia pilnowała surowo, czy wszystko jest w porządku, i pochmurnie patrzyła na zebrane panie. Były nadmiernie grube lub przesadnie chude, pomarszczone i nabrzękłe, siwe lub wyłysiałe, poubierane w dystyngowane czarne suknie z różnych epok, z koronkami albo dżetami, spłowiałe i dziwnie pachnące. Były przeważnie ubogie, jednak nie wszystkie. Niektóre miały na barkach wyleniałe skunksy albo zżółkłe gronostaje, a w białych, naciągniętych uszach staromodne butony. Ale wszystkie były stare. Ich wielkie brzuchy wspierały się na cienkich nóżkach, jak beczki na zapałkach, podczas gdy inne znów nogi były grube i równe, pod wałkami czarnych pończoch wełnianych uchodzące do ciasno zesznurowanych trzewików. Twarze siedziały ciężko na tłustych podgardlach, podpiętych w dole broszkami z granatów, lub chwiały się na szyjach wydłużonych, przewiązanych pośrodku aksamitką, a widoczna gra mięśni, żył i ścięgien, które 'chodziły' pod skórą żółtą i cienką, dodawała grymasom tych twarzy i słowom mówionym jakiejś patetycznej, sabatowej ekspresji. Pani Cecylia sama nosiła już na szyi aksamitkę, przez którą przewieszały się z przodu dwa woreczki niepotrzebnej skóry, i nie miała co do siebie żadnych złudzeń. Ale myśl, że i ona należy do tego 'kongresu czarownic', do tej 'parady wiedźm', że i ona jest z nich, była dla niej bardzo nieprzyjemna. Gorycz tej prawdy rozrastała się do niecierpliwego strachu, do jakiegoś panicznego popłochu. Pamiętać dokładnie, jakie były dawniej, widzieć je teraz tak odmienione, widzieć, jak robią się coraz starsze, jedne prędzej od innych, i być w to wprzęgniętą całym swoim losem - cóż za urągowisko! Zdarzało się przecież, że między jedną a drugą wizytą przenosiły się do innej generacji. Niejedna odchodziła w wieku niebezpiecznym, a po roku wracała już jako staruszka. Były okropne, ale całkowicie nie winne tego, jakie są. Gdyż te twarze - pokrzywione fałdami, gorzkie, fałszywie uśmiechnięte, ironiczne albo tragiczne - nie wyrażały żadnej prawdy ich charakterów. Na przykład zawsze impertynencko uśmiechnięta pani Gieracka, przez wszystkich, jak wiadomo, pokrzywdzona, była właściwie nieśmiała i smutna - a jej uśmiech służył do podciągania opadających policzków, do ratowania małej resztki młodości. Sztywne znowu trzymanie się pani Tawnickiej, jej arystokratyczny port de tête miał na celu wygładzenie zmarszczonej szyi, a mógł dać powód do pomawiania jej o wyniosłość, tak niewłaściwą w jej skromnej obecnie sytuacji. Mecenasowej Warkoniowej wystarczyło tylko trochę 'puścić' twarz, wystarczyło zwyczajnie na chwilę przestać mówić, by ogromne rysy zadumy i zgryzoty zaległy na jej masce, chociaż miała z natury bardzo wesołe usposobienie. Każda z nich była kiedyś młoda, za każdą ciągnęła się ta jej młodość dawna jak gałąź kwitnąca, uczepiona brzegu niemodnej sukni. Były zestrychowane z powierzchni życia, odrzucone na bok przez jego nurt głęboki, wspaniały i zły. Leżały zadyszane i zmęczone na jego brzegu, wspominające umarłych mężów, zabitych synów, zobojętniała, daleką rodzinę. Wojna, rewolucja, zmieniony świat zostawiał je ich zdumieniu. Zapatrzone w samotny dramat artretyzmu i klimakterium, anarchii czasów dzisiejszych przeciwstawiały szczątki anarchii dawnych, rozbite kawałki wiar i zbankrutowanych przeświadczeń. Musiały jeszcze trochę żyć, żeby umrzeć". Zofia Nałkowska, Granica, Czytelnik, Warszawa 1975, s. 23-25.
niedziela, 25 grudnia 2011
środa, 21 grudnia 2011
"Czy był dobrym pedagogiem? Znowu nie można prosto odpowiedzieć. Był znakomitym, ale tylko dla odważnych, tylko dla samodzielnych. Rutyny, choćby najpożyteczniejszej, wdrożyć nie mógł, bo jej nie lubił. Ale rzucał nieustannie propozycjami i prawie zawsze oryginalnymi. Jego wynalazczość była prawdziwie bezgraniczna... I połączona z hojnością, ze szczodrością intelektualną, bo nigdy nie poniżał się do przypominania pierwszeństwa czy egzekwowania własności. Miał więcej uczniów, doktorantów, podopiecznych niż ktokolwiek: nie przypadkiem, bo dawał im - w najdosłowniejszym sensie - więcej i łatwiej niż inni! Ileż prac rozwijało tylko to, co w oka mgnieniu zaproponował! Gotowość pomagania, inspirowania zaczęła mu w końcu płatać figle, ponieważ więcej ludzi oczekiwało od niego uwagi i pomocy niż był jej w stanie fizycznie udzielić. Zresztą tych, którzy podjąć jego myśli nie umieli, z konieczności zapominał. Pamiętam, jak - ogarnięty wyrzutami sumienia, że na seminarium zaniedbuje słabszych - zabierał się do banalnej pedagogii. Robił się wtedy tak niezręczny, że studenci niczego się bardziej nie bali niż 'zniżania się' Wyki do ich możliwości. [...]". Jan Błoński, Obecność Wyki [w:] Kilka myśli co nie nowe, Znak, Kraków 1985, s. 193. |
Zakładki:
Czyt(yw)ane
Filmowo
Książkowo
Nucę pod nosem
Szablon jest stąd :-)
Zaglądam :-)
Czytelnicze wyzwania
(D)o mnie
| ||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||