|
mania kryptocytatu i cytatu, który jest okrężnym, paradoksalnie może najbardziej intymnym sposobem osobistej ekspresji - sformułowanie od Bieńczyka pożyczone
wtorek, 09 lutego 2010
"Zniknąć i nie wrócić, dopóki nie zrozumiem tego, co już wiem". Sven Lindqvist, Wytępić całe to bydło, tłum. M. Haykowska, W.A.B., Warszawa 2009, s. 13.
sobota, 06 lutego 2010
"... że u Gombrowicza - jak piszesz - 'nie trzeba być pięknym, aby być'? ... No, nie jestem tego tak zupełnie pewien... To prawda, on szydził bez litości z 'urody' sienkiewiczowskiej, ale przecież sam tworzył - przeciw Sienkiewiczowi! - swoją własną 'urodę gombrowiczowską' - i to jaką! Przecież to właśnie nią do dzisiaj się zachwycamy! Gdyby nie ta jego 'uroda', w ogóle byśmy sobie głowy dzisiaj jego pisaniem nie zawracali. Właśnie na tej 'urodzie gombrowiczowskiej' stoi u niego wszystko. 'Gombrowiczowskość' to był rodzaj piękna, fason, styl, o który on się bardzo w swoim pisaniu starał. I chociaż krzywił się na estetów, sam swoje 'gombrowiczowskie piękno' cyzelował stalówką, chuchał na nie i dmuchał. Przecież ten jego styl, ton, brzmienie głosu... Wystarczy wsłuchać się w samą melodię dziennika, w jej spadki i wzniesienia, zaostrzenia i złagodzenia tonu, ściemnienia i rozjaśnienia barwy, tańcowanie głosek i akcentów, obniżenia i podniesienia tonu, by dostrzec, jak on starannie komponował barokową symfonię swego głosu, operowe arie składni, uderzenia interpunkcyjnej perkusji i gromy metafizycznych fanfar. I nawet jeśli brzydził się 'sztuką', to przecież przeciwstawiał jej własną sztukę 'gombrowiczowską'. Chciał być piękny po swojemu przeciwko 'ich pięknu', którego nie cierpiał. To prawda, hamował go trochę katolicki odruch moralny, który wpoili mu w Małoszycach rodzice. Ale ten odruch moralny był tylko jedną z wielu barw starannej kompozycji autoportretu. Ważny był zresztą dopiero pod koniec życia, kiedy on chciał napisać mroczną sztukę teatralną, w której biedna mucha miała na lepie konać w męczarniach. Ale nawet na parę dni przed własną śmiercią - pisała o tym Rita - z jakąż starannością kaligrafował fason swojego umierania! Prawdziwy kaligraf gestów! Hafciarz słownych efektów! Antyestetyzm Gombrowicza?... Ach, dajmy spokój. Ale może się mylę, bo wszystko to były u niego sprawy prawdziwie piankowe, do jednoznacznego ujęcia trudne...". Stefan Chwin, Dziennik dla dorosłych, Wydawnictwo Tytuł, Gdańsk 2008, s. 433-434.
środa, 03 lutego 2010
"Mieszkanie Matiuszyna i jego żony, autorki mistrzowskiej prozy lirycznej i malarki, Jeleny Guro, było miejscem zebrań petersburskich i moskiewskich futurystów, którzy omawiali tam plany wspólnych bojowych wystąpień". Benedikt Liwszyc, Półtoraoki strzelec, tłum. A. Pomorski, Czytelnik, Warszawa 1995, s. 205-206.
W grudniu 2006 roku otwarto w domu Matiuszyna Muzeum Petersburskiej Awangardy. Niewiele jest miejsc, które tak bardzo chciałabym odwiedzić. Animacja, którą dziś Wam pokazuję, powstała na zamówienie muzeum i jest jedną z ciekawszych form promocji instytucji. Podoba mi się sposób, w jaki wykorzystuje do zaznajamiania z futuryzmem futurystyczne konwencje. :)
niedziela, 31 stycznia 2010
"Trudno powiedzieć cokolwiek o Puszkinie komuś, kto nic o nim nie wie. Puszkin był wielkim poetą. Napoleon nie był tak wielki jak Puszkin. A i Bismarck w porównaniu z Puszkinem był zerem. Także Aleksandrowie I, II i III to po prostu pętaki w porównaniu z Puszkinem. Zresztą wszyscy ludzie w porównaniu z Puszkinem to pętaki, jedynie w porównaniu z Gogolem Puszkin sam jest pętak. Dlatego zamiast pisać o Puszkinie, napiszę wam lepiej coś o Gogolu. Gogol jednak jest tak wielki, że nic o nim nie można napisać, dlatego też mimo wszystko będę pisał o Puszkinie. Ale po Gogolu pisanie o Puszkinie jest w jakiś sposób poniżające. A o Gogolu pisać się nie da. Dlatego lepiej już nic o nikim nie będę pisał". Daniel Charms, O Puszkinie [w:] tegoż, Pijcie ocet, panowie, tłum. J. Czech, Oficyna Literacka, Kraków 1997, s. 279.
środa, 20 stycznia 2010
sobota, 09 stycznia 2010
"Odszukałem zapiski na temat Herlinga-Grudzińskiego ze stycznia 1991 roku. Amerykanie, po napaści Saddama na Kuwejt, zaczęli właśnie interwencję zbrojną w Iraku. Od kilku nocy, notuję, rakiety irackie wystrzeliwane są na Izrael. Cud, że dotychczas nie ma ofiar śmiertelnych. Próbowałem, notuję, czytać powtórnie Dziennik pisany nocą Gustawa Herlinga-Grudzińskiego. Recenzenci sławią go na kolanach, piszą o jego Dzienniku jako o czymś 'wielkim', o nim jako autorytecie moralnym, nie ma prawie poważnego pisma w Polsce, które nie zaprosiłoby go do 'rady', 'areopagu' lub czegoś podobnego. Więc może to ja, który czytałem go nie na kolanach, ale leżąc na tapczanie, bez szczególnych emocji, nie wykazałem przenikliwości, wrażliwości czy czegoś jeszcze? Ale i tym razem, przy powtórnej lekturze, nie mogłem się pozbyć uczucia, że te zapiski są jednak monotonne. Monotonne i monotematyczne, obsesyjne. (Nie jest wykluczone, że ta obsesyjność, maniakalna uporczywość w osądzaniu spraw i ludzi, pogłębia się i twardnieje z wiekiem, co bywa procesem naturalnym, znanym w geriatrii). Czy są te dzienniki przynajmniej wybujałe myślowo? Czy znajdę coś, co mnie olśni. Zaskoczy głębią, sięgnięciem do dna? Owszem, zdarza się - w cytatach, które Herling przytacza. Herling obraca się w kręgu literatury elitarnej - a to poczyta sobie Camusa, a to Conrada, skubnie Dostojewskiego, Kafkę, jeszcze raz Sołżenicyn, jeszcze raz Weissberg-Cybulski, no i cudowny Babel - same szczyty, dzięki mu za to - ale to jego lektury są najwyższego lotu, nie zaś to, co on sam pisze. [...] Kto ośmieli się głośno powiedzieć, że lektura Dziennika dzisiaj rozczarowuje? Że wszystko to mogło być dla nas podniecające, dopóki było zakazane, dopóki mogliśmy zazdrościć mu nieskrępowanej wypowiedzi, bez kompleksów? Teraz wszystko, co tam, na emigracji napisano, jest jakie jest, otoczka romantyczna rozwiewa się, wyłazi jednostronność, zrzędliwość (bardzo częsta u Herlinga), czasem jadowitość. Obawiał się utraty blasku swojego eseistycznego pisarstwa bardzo trzeźwo na te sprawy patrzący Jerzy Stempowski. (Nie dotyczy to Miłosza i Gombrowicza. Oni nigdy nie byli pisarzami 'emigracyjnymi'. Podobnie Mrożek. Ich czytelnik był w kraju i to do niego adresowali swoją twórczość. 'Emigracyjność' nie zależy od adresu autora. To jest stan ducha, a raczej - sposób myślenia). [...] Trzeba wreszcie powiedzieć wprost - i to teraz, kiedy usiłuje nam się wmówić, że przez czterdzieści lat była w kraju 'czarna dziura', że nie powstało nic wartościowego, że liczy się tylko to, co napisano tam, pod wolnym niebem: mieliśmy tu teksty o niebo przewyższające Dziennik Herlinga i eseje Stempowskiego. Pełne autentycznego blasku pisarstwo Flaszena, Błońskiego, Kijowskiego (jakże znakomite są jego Kroniki Dedala!), był Kazimierz Wyka, ich mistrz (wciąż przyprawia o wypieki jego Życie na niby), Adolf Rudnicki ze swoimi Niebieskimi kartkami, krajowy jeszcze Jan Kott, a także bluźnierczy, nieznośny, oburzający, ale jakże żywy i przewrotny Zygmunt Kałużyński - mówię wciąż o gatunku zbliżonym, dającym się porównać". Józef Hen, Dziennik na nowy wiek, W.A.B., Warszawa 2009, s. 34-36.
--- Wszystkie uwagi, które czyni Hen na marginesie lektury samego Dziennika Herlinga, doskonale oddają moje uczucia przy czytaniu zarówno kolejnych odsłon Nie boję się bezsennych nocy, jak i Dziennika na nowy wiek. Drażnią mnie te książki i może właśnie dlatego wciąż je czytam. Prowokują do ciągłej niezgody, ale jednocześnie odsłaniają niedoceniany punkt widzenia, bardzo wyraziście pokazują animozję między literaturą krajową i emigracyjną. Tyle tylko, że zupełnie obce jest mi to kategoryczne albo - albo.
czwartek, 24 grudnia 2009
Bugge Wesseltoft, tytułowy utwór z albumu It's Snowing on My Piano Chciałabym Wam pożyczyć pięknych i spokojnych Świąt. Niech to będzie dla Was okres wyciszenia, czas zawieszenia codzienności w tym wszystkim, co nas w niej drażni. Niech zapach choinki, piernika i pomarańczy przywołuje poczucie bezpieczeństwa. Niech będą to chwile, w których na nowo będziemy się cieszyć najbliższymi. I tę bliskość wnieśmy w Nowy Rok.
sobota, 19 grudnia 2009
"Warto siebie za każdym razem zaczynać od początku. Myślę, że niewiele więcej potrzeba, żeby się jakoś w świecie dobrze mieć". (Krystyna Miłobędzka) Jarosław Borowiec, Szare światło: Rozmowy z Krystyną Miłobędzką i Andrzejem Falkiewiczem, Biuro Literackie, Wrocław 2009, s. 44.
piątek, 18 grudnia 2009
Zupełnie mnie zaskoczył Gombrowicz fragmenty "Dziennika" czytający. I w tym zdziwieniu nadal nie umiem sobie głosu do autora tak skądinąd bliskiego dopasować. Myślę o tym, jak się ma autorska interpretacja do własnych naszych wyobrażeń, a w tym wypadku kłóci mi się ona kategorycznie z tym, co mam w głowie. Jakby głos Gombrowicza przynależał do zupełnie innego Gombrowicza, nie do autora "Dziennika". Nagle - przez krótki, ale dziwny moment - zabrakło mi spójności.
poniedziałek, 14 grudnia 2009
"Rozrostem i autonomizacją metodologii - zarówno w przekroju indywidualnego warsztatu badawczego, jak też całej dyscypliny czy grupy dyscyplin - rządzi bez wątpienia prawo zwłoki (sformułowane, jak wiadomo, przez Parkinsona w odniesieniu do całkiem innego obszaru spraw). Oddając się z lubością roztrząsaniu metod, odsuwamy w nieokreśloną przyszłość moment, w którym należałoby się nimi posłużyć. Trzeba się starannie przygotować - tłumaczymy sobie - a wtedy nie będzie nam niczym zagrażał. Ale tak tłumaczony proces przygotowań może nie mieć końca, ponieważ moment decyzji o podjęciu działań jest zawsze niebezpieczny i lękotwórczy - niezależnie od tego, jak wielki wysiłek włożyło się poprzednio w opracowanie dokładnych projektów i scenariuszy. Działanie bowiem - w tym, co dlań istotne - nie jest nigdy kontynuacją rozważań nad możliwościami jego podjęcia, lecz ustanawia porządek komplementarny wobec takich rozważań. Przenosi ono działającego w inną rzeczywistość i naraża go na ryzyko spotkania z nieobliczalnym i nieznanym. Metodologia - w jej dzisiejszym niepohamowaniu - jest czymś w rodzaju rytuału zabezpieczającego przed taką konfrontacją. Wprowadza element pożądanej retardacji: mnożąc narzędzia, roztrząsając ewentualności rozwiązań, wnosi utrudnienia i upośrednienia, postulując niezliczone warunki przedwstępne badań - pozwala nam na honorowe powstrzymywanie się od czynów ryzykownych. [...] Czyż nie taki jest właśnie rozziew między wyrafinowaniem metodologii a powszechną praktyką badawczą?". Janusz Sławiński, Zwłoki metodologiczne [w:] Tegoż, Teksty i teksty, Wydawnictwo PEN, Warszawa 1990, s. 41-42. |
Zakładki:
Czyt(yw)ane
Filmowo
Książkowo
Nucę pod nosem
Szablon jest stąd :-)
Zaglądam :-)
Czytelnicze wyzwania
(D)o mnie
| ||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||