mania kryptocytatu i cytatu, który jest okrężnym, paradoksalnie może najbardziej intymnym sposobem osobistej ekspresji - sformułowanie od Bieńczyka pożyczone
Blog > Komentarze do wpisu

***

Jerzy Illg, Mój znak

Jerzy Illg, Mój Znak: O noblistach, kabaretach, przyjaźniach, książkach, kobietach, Znak, Kraków 2009.

1. Są książki środowiskowe. Jeśli są przy tym dobrze napisane (ta jest), ich środowiskowość wziąć można niejako w nawias – sprawdzą się w lekturze także tam, gdzie większość odwołań i aluzji będzie nieczytelna lub tylko na poły zrozumiała. „Mój Znak” Illga bez wątpienia do takich knig się zalicza. Ba, środowiskowość ta w nim jest spiętrzona i wielopoziomowa, co w niczym jednak nie ograniczało mojej przyjemności czytania. Naiwnej i najprostszej. Zapowiadana jako tomiszcze jeśli nie skandaliczne, to przynajmniej lekko skandalizujące, pokazujące oblicza noblistów od strony dotąd z reguły publicznie nieprezentowanej, spełnia wszystkie te oczekiwania. Nabożną litanię tych niepoprawnych wybryków zostawię na boku – o części z nich opowiadał Illg w wywiadzie zatytułowanym "Trawka i spirytus z noblistami", co zresztą doskonale oddaje charakter owych literackich sensacji, z wdziękiem zresztą opisanych. Co innego chciałabym tutaj w kilku słowach z tej książki wydobyć.

Skonstruowana jest ona w sposób przejrzysty: przez sporą jej część każdy rozdział z osobna jest opowieścią o jednym autorze przez Znak wydawanym. Anegdota goni tu anegdotę, a czytelnik w niejakiej konsternacji próbuje ustalić, który to z tych obrazoburczych zabiegów, nobliwości noblistów pozbawiających, jest mu najbliższy. Zdecydowanie wyróżniają się portrety Miłosza i Szymborskiej, potem całość jakby na chwilę traci rozpęd i już się może wydawać, że do końca lektury dotrzemy bardziej zachęceni świetnym początkiem niż gnani niecierpliwością tego, co będzie dalej.

Ale nie - „Mój Znak” bowiem w pewnej chwili odsłania to, co w nim najlepsze: ta książka jest bowiem bezwstydnie krakowska. Stwierdzenie to razić może oczywistością: skoro spora część bohaterów w Krakowie mieszkała bądź też mieszka, ewentualnie miasto regularnie odwiedza, skoro całość rozgrywa się w krakowskich realiach, a Jerzy Illg często dobrze się bawi, wygrywając ograne antagonizmy krakowsko-warszawskie, to czegóż innego można by się spodziewać. Inny jednak wymiar tej „krakowskości” mam na myśli, trudniejszy do sprecyzowania, niewiele mający wspólnego z okolicznościami. Byłaby to więc, banalnie, kwestia klimatu? Pewnego, wcale nie subtelnie wprowadzanego, nastroju? Nastroju, który sprawia, że delikatnie zarysowany uśmiech w trakcie lektury przeradzał się najpierw w cichy chichot w co bardziej wyrazistych partiach, wreszcie zaś w rechot – na tyle momentami trudny do opanowania, że cieszyłam się, iż nie czytam w miejscu publicznym. Nie wiem.

Wiem za to, że ta książka otwiera się dla mnie raz jeszcze, kiedy pojawia się z czułością nakreślony portret „NaGłosu” - jako pisma, najpierw mówionego, potem ukazującego się w bardziej konwencjonalnej formie, przede wszystkim jednak konterfekt środowiska. I to są dla mnie najlepsze jej fragmenty. Jeśli bowiem nawet jest to jeden z tych tomów, który zaciera się w pamięci dość szybko, z którego zostają pojedyncze obrazy czy opowieści, to na pewno dla mnie zdecydowanie większa ich część będzie przywołaniem anegdot „NaGłosu” dotyczących.

Oszczędzę sobie prób zrelacjonowania, przytoczę tylko na koniec jeden fragment – mniej zresztą barwny niż inne, wystarczający jednak na potrzeby charakterystyki:


W gronie krakowskich pisarz (Kornel Filipowicz, Jerzy Kwiatkowski, Jan Józef Szczepański) narodził się pomysł, w którego realizacji szczególna rola miała przypaść Bronisławowi Majowi. Publiczne spotkania z niezależnymi autorami nie mogły się w tym czasie odbywać na terenie instytucji państwowych – świetnym rozwiązaniem okazał się szyld Sekcji Literackiej Klubu Inteligencji Katolickiej, pod którym zaczęto organizować wieczory „pisma mówionego”. Rychło – jako „NaGłos” właśnie – stało się ono najpopularniejszą sceną literacką Krakowa. Tytuł wymyślił Stanisław Balbus – wygrywając w ogłoszonym przez Maja konkursie główną nagrodę, czyli dożywotnią prenumeratę pisma. Twórców miejscowych od początku wspomagali przyjeżdżający regularnie autorzy z całej Polski – przeważnie objęci zakazem druku. Wspólnie prezentowali numer „regularnego” pisma: Wisława Szymborska czytała wiersz, Jan Józef Szczepański opowiadanie, Jerzy Kwiatkowski lub Jan Błoński esej, Janusz Anderman albo Aleksander Jurewicz fragment prozy, ktoś inny recenzję filmową lub teatralną. Całość kończył gwóźdź wieczoru, czyli felieton Jerzego Pilcha. Brał on każdorazowo na kieł któregoś z kolaborujących z władzą przyjemniaczków, a to Romana Bratnego, a to Władysława Machejka, a to Jana Dobraczyńskiego, przerabiając ich literackie „osiągnięcia” na krwawą pulpę. Podczas analizy metaforyki militarno-erotycznej w akurat wydanych „zmysłowych”, na pół pornograficznych „lirykach” pułkownika Janusza Przymanowskiego, obficie cytowanych przez Pilcha („Nie płosz się, dzika,/ ten chłód to nie ostrze noża,/ lecz koniuszek języka”), ludzie pospadaliby ze śmiechu na podłogę, gdyby w zatłoczonej sali był choć skrawek wolnego miejsca.


2. Bo to dla Pilcha dziś to wszystko, po to tylko, aby móc tu Pilcha  bez żadnych wyrzutów wprowadzić. Pilcha mówionego właśnie, a nie cytowanego zaledwie, co odebrałoby mu sporo uroku. Pilcha z innej zupełnie okazji występującego, ale barwnego przecież, uwagę przyciągającego, prowokującego słuchaczy do wybuchów śmiechu. Nagrania pochodzą z poświęconego Schulzowi spotkania, które odbyło się na początku listopada w ramach I Międzynarodowego Festiwalu Literatury im. Josepha Conrada. Dostępne są również wypowiedzi pozostałych uczestników, ale szczerze i ze spokojnym sumieniem mówię, że ich słuchanie nie jest konieczne: Pilch świetnie zaczął, a jego opowieści nikt później nie dorównał.



niedziela, 29 listopada 2009, temprana
TrackBack
TrackBack w tym blogu jest moderowany. TrackBack URL do notki:
Komentarze
Gość: verdiana, 217.153.39.3*
2009/11/29 15:54:32
Pilch świetny! Jak zwykle. :-)
Ale przez Ciebie teraz zamiast listów do Delfiny Potockiej mam ochotę czytać Schulza. :-)
-
2009/11/29 16:24:31
Hehe, też mam ochotę na Schulza po tym spotkaniu. Przekornie jednak jeszcze większą na Brodskiego i Gombrowicza, co wbrew pozorom ma z całą sprawą związek. W trakcie tej debaty bowiem wracał jeden wątek kilka razy: to, na ile ważny był dla mówiących Schulz czytany w młodości - pod koniec liceum, na początku studiów. Tak się zaczęłam zastanawiać nad swoimi najważniejszymi książkami z tego okresu. Gdybym miała podsumować lapidarnie koniec liceum, wymieniłabym tylko dwa nazwiska: Brodski i Isaiah Berlin. Początek studiów kojarzy mi się z "Dziennikiem" Gombrowicza i "Pamiętnikiem" Brzozowskiego, dwa teksty b. istotne, ale sporo też w tym chyba osobistej mitologii.
-
Gość: verdiana, 217.153.39.3*
2009/11/30 16:41:18
Dla mnie to chyba Gombrowicz i Proust (mimo że Schulza też poznawałam w liceum). Ale dziś już sobie Schulza z biblio wypożyczyłam.
-
2009/11/30 18:03:58
Też przeczytałam Schulza w liceum, ale nie zrobił na mnie szczególnego wrażenia. Nie sięgnęłam po niego na studiach - taki był zresztą los sporej części książek, które poznałam wcześniej, co sprawia, że ich recepcja jest, w najlepszym razie, w moim wykonaniu dość ułomna.

Nie mam może traumatycznych wspomnień z liceum, ale lekcje języka polskiego kojarzą mi się z wszechogarniającą nudą, która jest w stanie zabić nawet najbliższy nam tekst. Cieszę się więc, że wędrowałam sobie po historii literatury wtedy własnym szlakiem, od szkolnego dość niezależnym i że większą część tak lektur, jak i opracowań poznawałam wcześniej i w innych okolicznościach. Niesystematycznie, bez zważania na jakiekolwiek hierarchie, mieszając rzeczy godne uwagi z tymi, po które nie ma po co sięgać...

Myślę, że czas najwyższy na kapryśne powroty, na rewizje i może nowe zachwyty. :-)