|
mania kryptocytatu i cytatu, który jest okrężnym, paradoksalnie może najbardziej intymnym sposobem osobistej ekspresji - sformułowanie od Bieńczyka pożyczone
Blog > Komentarze do wpisu
Pierre Gonnord![]() Są takie blogowe notki, które nawet w mojej tylko głowie rodzą się wyjątkowo opornie, jakby wszystko we mnie broniło się kategorycznie przed dopuszczeniem do ich powstania. Różne są przyczyny tej wewnętrznej walki, tym niemniej często można rzecz sprowadzić do wspólnego mianownika – byłaby nim niechęć do publicznego wypowiadania się na tematy, w których orientuję się, w najlepszym razie, średnio. Ale i to jeszcze nie wyczerpuje problemu, myśl tę należy doprowadzić do końca: jest w tym bowiem raczej obawa przed obnażaniem się, bazowaniem tylko na własnej wrażliwości – i znowu, odsłanianiem jej w tekście, który nie powstaje tylko na użytek własny. Nie peszy mnie literatura, stosunkowo rzadko czuję się zupełnie bezradna wobec filmu, nie umiem jednak uniknąć pewnej rezerwy w mówieniu o fotografii, że muzykę zostawię zupełnie już na boku. Ale w twórczości Pierre'a Gonnorda jest coś, co nie daje mi spokoju.
![]() Pierre Gonnord, Krystov (2007) i Concepcion (2006) Trafiłam na jego fotografie już jakiś czas temu, przypadkiem, nie pamiętam nawet, czego wtedy szukałam. Zatrzymało mnie przy nich stwierdzenie, że nawiązuje on w swojej sztuce do malarstwa – nasyconego malarstwa Velazqueza czy Caravaggia. Coś w tym jest, chociaż inspiracje te nie są może aż tak oczywiste (chciałabym w najbliższym czasie pokazać tutaj innego fotografa, który namiętnie penetruje przestrzenie malarstwa niderlandzkiego, w sposób dużo bardziej narzucający się, mniej mi bliski, ale równie ciekawy). Raz po raz wpatrywałam się od nowa w te zdjęcia, szukając tego pierwszego skojarzenia, które gdzieś mi umknęło – długo nie umiałam go z powrotem nazwać. W każdym razie nie tak, aby uniknąć banału. To, co tutaj proponuję dziś, nie jest – jeśli można by tak powiedzieć – Gonnordem w stanie czystym. Uporządkowałam jego fotografie, pogrupowałam je, nadałam im swój własny sens, który jest tylko zawężoną i ograniczoną próbą interpretacji (pod każdym takim moim zestawieniem podaję linki do fotografii w ich wariancie pierwotnym). Chciałam, żeby wybrane przeze mnie zdjęcia stanowiły względnie precyzyjną ilustrację mojego sposobu czytania, aby w ich układzie była już zapowiedź mojej lektury. Wyjątkiem jest ostatnia fotografia, którą zostawiłam bez zmian.
![]() Pierre Gonnord, Konstantina (2008) i Olympe (2006) Sam Gonnord pozostaje niezwykly wstrzemięźliwy tam, gdzie chodzi o prostą wykładnię własnej twórczości bądź też tylko bardziej do niej rozbudowany komentarz. Można z tych jego ostrożnych uwag wyczytać właściwie tyle, że fotografia w dużej mierze staje się dla niego kroniką, przestrzenią, pozwalającą na uwiecznienie zmian – nie tyle jednostkowych, co społecznych. Wyczulony na nie, z powodzeniem krąży i szuka na poboczach, zagląda w środowiska dotąd pomijane, wrodzone ma upodobanie do sytuowania się gdzieś na marginesie. Często zdarza mu się portretować ludzi o twarzach poranionych, naznaczonych cierpieniem bądź zniekształconych – w przesmykach gdzieś powstaje z tego nowe inne piękno (cały czas idę tu za samym Gonnordem). Widać to w niektórych zdjęciach z cyklu „Testigos” („Świadkowie” - z niego pochodzą wszystkie wybrane tu fotografie), bardziej może jeszcze – w cyklu „Utopicos”. „Najbardziej interesującą powierzchnią w świecie jest twarz ludzka” - powtarzam za Lichtenbergiem, patrząc na te fotografie. Na początku ujmowała mnie u niego przede wszystkim uchwycona intymność (rzecz, która w tej akurat sztuce jest dla mnie bardzo ważna, być może nawet – najważniejsza); zatrzymana jakby na przekór spokojnemu i nieco chłodnemu wystylizowaniu tych zdjęć zażyłość między fotografowanym a fotografującym. Ale ciekawsze może jeszcze jest dla mnie to, jak w tej świadomej stylizacji wszystko inne – poza twarzą – usunięte zostaje delikatnie w cień. Gonnord w pełni świadomie pozwala sobie na wydobycie z każdej z nich pełni; nie zaciera upływu czasu, nieubłaganie nawet podkreśla wszelkie zmarszczki i nierówności, każdą asymetrię, jakby z niejakim upodobaniem koncentrował się na tym, co ze sobą niezgodne, a nawet – na pozór – wewnętrznie sprzeczne. W efekcie wszystkie te jego – nieraz bardzo teatralne, chociaż posługujące się tak ograniczonym zasobem środków – fotografie nie zostawiają poczucia obcowania z maską bądź z przebraniem; wprost przeciwnie – mam wrażenie, że jak niewielu innych artystów – pozwala portretowanym mówić. To zawsze bardzo naiwnie brzmi, ale sądzę, że bardziej niż inni – daje im możliwość autoekspresji – nie tylko bez niepotrzebnej krzykliwości, ale bez słów w ogóle.
![]() Pierre Gonnord, Maria (2006) i Bernardo (2006) Gonnord, Francuz z pochodzenia, wyjechał pod koniec lat osiemdziesiątych na stałe do Hiszpanii. Sam emigrant, często fotografuje imigrantów. Pierwotna moja intuicja z tym właśnie miała związek: Gonnord kojarzył mi się nie z europejskim malarstwem, lecz z portretami, które mogłyby być ozdobną hiszpańskich rezydencji - a więc z przypominaniem współczesnej Hiszpanii o jej kolonialnym dziedzictwie. Czy miałoby to się stać oskarżeniem? Nie jestem przekonana. Jeśli tak, to subtelnym, Gonnard nie wydaje mi się rozpolitykowany – na tyle subtelnym, że inne znaczenia nie zostają zepchnięte na drugi plan. Chociaż nie da się ukryć, że pytanie o sens tak ustawionych przedstawień wielokrotnie sobie stawiałam – bez ostatecznej odpowiedzi. I nadal niepokoi mnie pytanie o przyjętą konwencję. Może nawet to tym niepokojem chciałabym się przede wszystkim podzielić, może to stąd ta notka.
![]() Pierre Gonnord, Los Salazares (2008) niedziela, 17 maja 2009, temprana
TrackBack
Pierre Gonnord
z head.log
Długo oglądałem zawartość www.pierregonnord.com, gdy chyba tydzień temu odkryłem tego fotografa. Wyjątkowego fotografa. Potem gugle podrzuciły m.in. notatkę nowalijki. Jednak wątpliwości pozostały. Fotografie przykuwały moją uwagę przez kilka długich ... » Wysłany 2009/12/07 16:07:33
Komentarze
newdem
2009/05/17 23:21:37
I ja się będę kręcił Bieńczykowo tutaj.."pozdrawiam" (cytując)
2009/05/18 00:48:23
Te twarze sa niezwykle, tak pelne osobowosci. Spojrzenia jednoczesnie ufne i nagie, a jednak cechuje je wielka godnosc i dystans do patrzacego na nie. Dla mnie rowniez czlowiek (nie ograniczam sie do twarzy) stanowi najciekawszy temat fotografii. Bardzo dziekuje Ci za przyblizenie postaci Gonnorda i jego sztuki, nie znalam go wczesniej.
2009/05/18 01:20:15
Newdem: Zachęcam. ;)
Chihiro: Wiesz, to w sumie bardzo ważne, co napisałaś, nie zwróciłam na to uwagi. Twarze mnie hipnotyzują, ale ta - w notce tylko wspomniana - obsesja intymności w fotografii bardzo duży ma związek z człowiekiem w całości, z jego cielesnością w ogóle - trudno mi to w tym momencie wystarczająco precyzyjnie ująć. Może stąd bierze się jakiś mój sentyment do tych fotografów, którzy ze szczególną uwagą i troską jednocześnie potrafią ten temat poruszać - bez obnażania; nieważne, czy to w aktach, czy w serii (auto)portretów. Takie poszukiwanie są mi coraz bliższe. 2009/06/20 11:11:12
Jest w nich chyba coś, co Sontag nazwała "prywatnym wyrazem twarzy" nie takim, jaki zwykle "oferuje się fotografowi". Myślę, że Gonnord to doskonały malarz portrecista. Poświęcił czas, by poznać swoich modeli, by wydobyć z nich coś głębokiego we wnętrzu. Nie mogę się pozbyć jednak wrażenia, że Gonnard nie był tylko narzędziem do ekspresji modeli, on współuczestniczył w sesji, wydobywając to, co chciał zobaczyć, czego poszukiwał. A wydaje mi się, że poszukiwał smutku, kropli cierpienia na dnie oczu. Być może szukał tego, co mu w duszy gra?
Portrety są piękne i dziękuję za podzielenie się. |
|